środa, 9 grudnia 2009

13.07

Co to za kuchnia, skoro brak w niej rzeczy ważnej, ważniejszej niż wszystko?
Dajcie mi kosz na śmieci, w którym się zmieści cała rzeczywistość...

poniedziałek, 7 grudnia 2009

12.07

Przyjęłam zaproszenie do zabawy. Nie wiem w sumie po co. On nie jest zły. Ale ja jestem zła! I idę w tą zabawę. I brnę w to dalej. Bez przyszłości, bez zabawy, bez entuzjazmu, bez szczęścia w sercu. On mi to zawsze robi. Oddala się, po czym rzuca ochłap, by mnie zatrzymać, bym biegła za nim, bym stała u jego nogi wierna jak pies. Co to za przyjaźń, w której jedno goni drugie, podczas gdy drugie notorycznie ucieka? I tak było nawet jak żyliśmy ze sobą, jak żyliśmy obok siebie. Za rękę. Tak wyglądał cały zasrany rok. A ja nadal chcę się bawić w jego gry. Nadal bawi mnie warowanie przy nim. Cierpliwość się kiedyś kończy, mówią. A kiedy mnie się skończy? A kiedy ja zacznę uciekać przed nim? "Gdzie jesteś?" - pytam go. On mi odpowiada, że to by było za łatwo. Mam go szukać nad wodą skąpaną w słońcu, gdzie piraci znajdują swoje jednonocne miłości. "Coś więcej?" - spytałam SMSem, on odpisał, że dowiem się w swoim czasie. Mam czekać. Cierpliwości, napisał. Gdyby on tylko wiedział, ile mam tej cierpliwości...

11.07

"Pobawimy się. Szukaj mnie wśród pól, wśród łąk, wśród drzew. Nie jestem już zły. Baw się ze mną w chowanego. W kochanego chowanego. Jestem cały czas przy Tobie tylko, że uciekam. I będę uciekać, dopóki mnie nie znajdziesz. Pobaw się ze mną w chowanego. Czarny."

sobota, 14 listopada 2009

8.07

W głowie mam dym. Uśmierciłeś cząstkę. Mówię do pustych peronów w nadziei, że to właśnie ty mnie słuchasz. Ale nigdy nikt nie słucha. Zastanawiam się gdzie jesteś i co robisz. To przecież takie ludzkie! W głowie mam dym. Nie potrafię myśleć, śnić, jeść i spać. Nicość. Czarna dziura życia. Nie wracam do matki, postanowiłam już. Nie odbieram telefonów. Jak to nie Czarny, to nie ma mnie. Jestem tylko dla niego. Byłam tylko dla niego. Teraz już jestem niczyja. Jak bezpański pies. Jak przybłęda.

Nie mogę opisać tego bólu, Czarny. Tego jak zniknąłeś po środku dnia. To boli, Czarny. To przeraźliwie boli! Nie sądziłam, że przyjaciel może zadać tyle bólu. A jednak... Dokąd teraz pójdę? Gdzie się podzieję? Nie wiem. Nie wiem już nic. Ot, cała moja egzystencja. Dziecko świata. Świat rozkracza przede mną nogi, a ja będę musiała się zmierzyć z nim sama, samiuteńka. To boli, Czarny, to przeraźliwie boli!

środa, 11 listopada 2009

7.07

Zdeptałeś mi marzenia... Siedzę na zupełnie pustym peronie z głową pełną chaosu. Na początku był chaos, z tego co widzę na końcu też jest... Już nie jestem we dwójkę, już jestem sama. Jak mogłeś mi to zrobić, pytam się chmur. Jak mogłeś tak po prostu zniknąć? Nie ma cię, wyzbywam się ciebie z podświadomości. O jedno pożegnanie za daleko. O jedno pożegnanie za smutno. Chciałam pożegnać się z morzem, nie z tobą. W żadnym przypadku nie z tobą.

Nie odbierasz telefonów. Milczysz. Ale już nie ze mną. Sam. W pojedynkę. Może tak jesteś szczęśliwszy? Ty lubisz być szczęśliwy...

wtorek, 10 listopada 2009

5.07

Idylla lata jakby mija. Jest miło, upalnie, wspaniale do porzygania. I na tym polega mój problem. Że zawsze mogłoby być jeszcze lepiej, zawsze mogłabym żreć z tego życia więcej. I to poczucie winy, że tak chcę; że wciąż chcę więcej. Bo jest tak pięknie, że niemozliwym jest, by było jeszcze piękniej.
- Mamy się dziś pożegnać z morzem. - przypominam Czarnemu. Czarny chyba jeszzce śpi, odwrócony plecami. Znów buduje mur. Czasem mam wrażenie, że tylko ja to w życiu wytrzymam, tą jego obcość. Nikt inny tego nie przeżyje. A on myśli zupełnie inaczej. On myśli, że wszyscy to lubią... Szturcham go. - Hej Czarny, już czas.
- Za wieczny czas i wieczne odpoczywanie, wypijmy dziś Panie! - czarny powoli wybudza się ze snu.
- Pożegnać z morzem... - mówię zniecierpliwiona szturchając go jednocześnie za ramię.
- Idę już, Mira! Spać nie dajesz. Morze masz dwa kroki stąd. Idźże sama. Do czego ja ci tam jestem potrzebny?
- Chciałam z tobą. Chciałam się pożegnać przy tobie.
- Po co się żegnać przy mnie jak i tak będziemy się żegnać milcząco?
- Milcząco, milcząco, to okropne milcząco!
- Jak ci się nie podoba, to w ogóle nie pójdę... - Czarny odwraca się na drugi bok. Twarzą do mnie. Patrzy w oczy. Ja szybko odwracam wzrok. Jest mi przykro, bo uświadomiłam sobie, że na pewno już nie będzie piękniej, będzie coraz gorzej... Zrywam się. Idę sama. Piasek muska mi nagie stopy. Chrupie pode mną. Piasek nad morzem zawsze tak specyficznie chrupie. Albo piszczy? Nie wiem jak to nazwać... Słyszę, że Czarny próbuje mnie dogonić.
- Nie chrup za mną! Żegnaj się sam! W ciszy tej swojej!
- Czego ja mam nie robić? Nie chrupać? Mira, co ci się dzieje od kilku dni? Jak ty się zachowujesz? Jak rozwydrzona młodsza siostra!
- Chrupiesz piaskiem za mną! Szur, szur, chrup, chrup! To znak, że idziesz; że kroczysz po moich śladach, że śledzisz...
- Mira, nie poznaję cię... Chyba za długo ze sobą już żyjemy.
- Dupa! Wcale ze sobą nie żyjemy, żyjemy obok! Ty ze mną potrafisz tylko milczeć! Nie rozmawialiśmy w ogóle nad morzem! Nie opowiadaliśmy sobie o zapachu morza i o chrupaniu piasku! To skąd morzesz wiedzieć, że piasek chrupie, jak wcale nie pozwoliłeś mi sobie tego powiedzieć?
- A żegnaj się z morzem, na zdrowie! Odpierdoliło ci.
Odwracam się na pięcie i biegnę to morza. To jest ten ostatni dzień. Ostatni dzień...

Pożegnałam się już z morzem. I z szumem. I z piaskiem. I z mewami. Wracam do naszego legowiska. Wszystko zniknęło. Spakowane w jednej chwili, zabrane perfidnie. Pozostał tylko smutny zapach świata. Nie chciałam, by zapach morza kojarzył mi się z tym smutkiem... Zaczynam biec:
- Czarny! - wołam - CZZARNY! KURWA CZARNY!!!!! NIE RÓB MI TEGO, PROSZĘ!!! CZARNY!!!! W oczach pojawiaja mi się łzy. To był ten ostatni dzień. Ostatni dzień...

poniedziałek, 9 listopada 2009

4.07

Rozkroiliśmy tego kota. Myśleliśmy, że coś cennego jest w środku. Znów przepełnia mnie chemia. W kocie nic nie było. Czarny musi skończyc doszukiwać się skarbu w maskotkach. Pożyczamy kota, nie zostawimy go tutaj takiego rozprutego. Jesteśmy w tesco i szukamy ukrytych skarbów w pluszakach. Szukaj aż znajdziesz, szukaj, a znajdziesz... Znajdziemy kiedys skarb, na pewno. Krew uderza mi do skroni, jest mi słabo. Nic nie jadłam. Karmię się chemikaliami od Niewidomego. To nasz nowy znajomy. Węgiel w plucach, ciężki oddech. Ale za bardzo lubię ten stan, by z niego zrezygnować. Czarny uderza mnie plastikowym młotkiem w plecy. Zawsze wbija mi coś w plecy. Każdego dnia.
- Może skarb jest bliżej niż myślimy? Może on wcale nie ma być w maskotkach?
- To gdzie, no, gdzie indziej on może być? - pytam zbulwersowana jego odkryciem.
- No nie wiem, no, jest dużo miejsc...
- Jak teraz wrócimy do domu, to już żadnego skarbu nie znajdziemy. Usidlą nas.
- Nie musimy wracać. Mamy czas, mamy wakacje.
- Mamy siebie. - mówię niepewna.
- Tak. To też. A teraz co chcesz robić?
- Szukać skarbu gdzieś bliżej. - postanawiamy opuścić morze.

3.07

Nadal siedzimy nad morzem. Nie chce nam się wracać. Wpatruję się w jego profil i przypominam sobie jak go poznałam. Na osiedlowej ławce. Siedziałam sama, nigdy nie miałam wielu przyjaciół. On podszedł z kolegami, zapytał o papierosa. Odkąd pamietam pożyczał papierosy. Lato wstecz. Upał taki jak dziś. Nagle wybuchła przyjaźń. Jedność. Wspólny czas. Porzucilismy wszystkich na rzecz bycia ze sobą. Zaczęliśmy być jednym. Przelewaliśmy się. On zawsze mówił mało. Milcząco zaczęliśmy być razem. Przemierzalismy świat za rękę, marząc o wielkich rzeczach. Chodziliśmy razem na wagary na chałdy, wieczory spędzaliśmy przy piwie w parku. Pamiętam ten czas bardzo wyraźnie, to przecież nie było tak dawno.
- Pamiętasz jak się poznaliśmy? - pytam z usmiechem.
- To chyba w szkole było, no nie?

2.07

- Czarny, a lubisz morze?
- Tak.
- Czarny, a lubisz mnie?
- Tak.
- Czarny, a podobam ci się?
- Tak.
- Czarny, a chcesz mieć kiedyś żonę?
- Tak.
- Czarny, a czy tą żoną będę ja?
- Nie. No co ty...

30.06

Nie odleglej mi, proszę. Im bardziej za tobą przepadam, tym dalszy jesteś. Im bardziej cię gonię, tym bardziej uciekasz. Siedzisz obok, bez tchu, bez szelestu, bez oddechu. Znów ten bezdech. Kamieniejesz.

29.06

Wychodzimy właśnie ze stacji benzynowej. Ja umyłam włosy i przemyłam twarz, Czarny znów pożyczył piwa. On odda, ale jeszzce nie teraz. Jak zarobi na grze na grzebieniu, to wszystko zwróci. Współpracujemy świetnie. Rozumiemy się bez słów. Pakuję kilka piw do wielkiej torby, po czym idę do toalety. Przez okno w kiblu podaję te piwa Czarnemu który zdążył już wyjść pod okno.
Po wyjściu ze stacji uśmiecham się do niego szczerze. To on nauczył mnie się uśmiechać. Wcześniej nie umiałam się uśmiechnąć, nie potrafiłam. On odwdzięcza mi się szelmowskim uśmiechem zbira... Spadamy stamtąd jakby za chwilę miała wybuchnąć cała ta stacja. Tak jak na podrzędnych filmach. Odchodzisz i zostawiasz za sobą wybuch. I nawet się za siebie nie oglądasz. My też tak odchodzimy. W milczeniu, w totalnej harmonii. W zgodzie. W przyjaźni. W przyjaźni...

28.06

Ten alkohol co Czarny pożyczył ze sklepu jest wspaniały. Znów kontroluję życie, znów zapominam o dręczącym lecie. Znów wszystko jest na swoim miejscu. Czarny wpatruje się w wieczorne morze.
- Masz swoja ulubioną chwilę? - pytam.
- Ale w jakim sensie? - Czarny zainteresowal się pytaniem.
- Taką, którą wspominasz często.
- Mhm, mam... W sumie dupa. Nie mam. Ale mam przedmiot, który wspominam.
- Jaki?
- Pocztówkę babci. Tam, gdzie widać ten domek. Lubie ją. Kojarzy mi się z tym jak bylo dobrze.
- A czemu już nie jest dobrze?
- Aaa bo za dużo osób powiedziało mi, żebym sobie poszedł. A babcia zawssze trzymała mnie na kolanach, babcia pocałowała. Babcia dała piernika... I lubię ten dom, w którym siedziała na swoim bujanym fotelu. Tak, ten dom też jest chwilą, którą lubię wspominać - Czarny robi się coraz bardziej rozmowny po alkoholu. - ten dom jest jak zamknięte marzenie. Nie mam prawa już tam wejść.
- Czemu?
- Bo już nie ma tego domu. Babci też nie ma.
- A moja najwspanialsza chwila jest właśnie dzisiaj... - mówię.

27.06

To lato robi się coraz bardziej nieznośne. Z tymi popołudniowymi muszkami zawieszonymi w skwarze. Wakacje przypominają raczej ucieczkę z więzienia anieżeli faktyczny relaks. Nic nie mówię. Milczymy wspólnie nad brzegiem morza. Jest idyllicznie. Pogoda muska nas po twarzach. Upał.
- Patrz, milczymy razem, a sie nigdy nie nudzimy - Czarny wzdycha na znak rozczarowania, że przerywam mu ciszę. I szum morza. Pyta:
- Co chcesz robić jak dorośniesz? - pogodził się już z brakiem ciszy.
- Chcę... Nie wiem. Chyba już zawsze być z tobą. - dotykam jego dłoni. Cofa ją. To wyznanie wspaniale wiele mnie kosztowało, ale on jak zwykle staje niewzruszony. Mam czasem wrażenie, że jego nigdy nic nie dotyczy. -Chciałabym być wolna. - zmieniam wersję. - A to jest możliwe jedynie przy tobie. Czuję się wolna przy tobie.
- Bo nigdy ze mną nie będziesz, Mira. - obuchem w twarz, nożem w plecy. Biegnę do morza, by ukryć łzy...

26.06

Postanowiliśmy jechac nad morze. Właśnie próbujemy złapać stopa, ale od trzech godzin nikt nie chce się zatrzymać. Wyglądamy jakbyśmy uciekli z poprawczaka, to ja sie nie dziwię, że ludzie się nas boją. Mama dzwoni. Odbieram:
- Gdzie się szlajasz?
- Pozwoliłaś przecież.
- Pozwoliłam, bo myślałam, że nie pójdziesz!
- Ale ja chciałam uciec od wiecznej ciebie, od pretensji, od...
- No taaak, kochana córeczka, wielce nie zadowolona z matki, wieczne pretensje o nic...
- No i właśnie o tym mówię...
- To nie wracasz? Będziesz mnie jeszzce w czarnym worku wynosiła! Obiecuję ci!
- Wrócę, mamo. Ale za kilka dni. Jak odpocznę.
- Od czego chcesz odpoczywać?! - matka przybiera coraz bardziej wyraźne kształty furii, podczas gdy Czarnemu udało się złapać stopa. Wsiadam jednocześnie wysłuchując lamentów mojej matki - Słyszę, że wsiadasz do auta. Do czyjego auta ty wsiadasz???
- Jadę nad morze.
- Przywieź mi muszelkę. - głuchy ton w komórce. Przedstawiam się kierowcy, następnie informuję, że interesuje nas droga na Gdańsk.

25.06

Już tak ciągniemy ten wózek, tą prozę życia. Uciekać? A dokąd? Podróżujemy, wciąż w ruchu, wciąż nie na miejscu. Bo żeby coś ciągnąć, to trzeba się poruszać. jak stoisz to niczego nie pociągniesz... Tęsknię trochę za rodziną. Nie tylko za mamą. Za ojcem i za bratem Hieronimem. Nie widziałam ich polowę mojego życia. To dużo jak na rodzinę. Bo zawsze mi się wydawało, że rodzinę widuje się prawie codziennie. Mijamy drzewa, cale lasy... Czarny znów milczy. Zawsze więcej mówi na listopad. A teraz jest czerwiec. Zawsze to jego niemówienie, które mnie tak irytuje, a zarazem pociąga. Nic kompletnie o nim nie wiem.
- Czarny? - pytam nagle - Co ja jeszcze powinnam o tobie wiedzieć, co?
- Miraa, skąd ci się biorą takie pytania? Wiesz już o mnie wszystko, wszystko wiesz.
- Dupa. Nic nie wiem. Wiem, że ubierasz sie na czarno i że masz blond włosy i że mówisz mało...
- Lubię cię, Mira. To wystarczy.
- To nie wystarcza. Bo jak mamy uciec przed rzeczywistością to musimy być przygotowani na każdą swoją wadę. Wzajemnie się rozumieć. A ty nic nie mówisz. O tym co myślisz, co cię boli, co ty przeżywasz. Tam, w środku ciebie. - nie mamy dziś gdzie spać, podróżujemy ulicą już dobre 2 dni i nie umiemy nigdzie dojść. To tak jakby ścigać wiatr. Śpimy na łąkach, przy drodze, na polach, na drzewach, w krzakach i gdziekolwiek. Marzę o kąpieli... -Kiedy wracamy?
- Mira, ta cala wycieczka to był twój pomysł. Już? Już ci się znudziło?! Przyznaj się: stęskniłaś się za wieczną śmiercią w domu, za obłędem w oczach matki, za zamkniętymi drzwiami od jej sypialni...
- Jas chcę tylko nazwać swoje życie, nazwać je na czyjąś cześć, dojść dokądś, lub skądś uciec. Jeszzce nie wiem...
- Ty lubisz sobie wszystko komplikować, prawda? -po tym pytaniu Czarnego zastała niezręczna cisza. Bo mimo, że on mało mówi, to jak juz się odezwie to zawsze wali w sedno. Uderza ostrzem noża, a ja płaczę z bólu wewnątrz.

środa, 4 listopada 2009

22.06

- Czarny... Jesteś jak ten zapach swiąt... Wiesz który? Ten zapach rodzinnych świąt. Gdzie jest ciasto. I telewizor, i makowce, i...
- ...Myślisz, że móglbym pracowac jako grajek uliczny?
- ...Wiesz, świąt ze sniegiem za oknem. Gdzie jest mama, tata i pies domowy...
- ...Tylko trzeba znaleźć jakiś sprzęt grający... Grzebień może... Albo gitarę
- ...Jaka szkoda, że jest czerwiec, bo chciałabym już swięta... Ale nie z moją mamą. Z toba, z tobą chciałabym te swięta, bo ty pachniesz jak one...
- ...Wiesz ile byśmy mieli pieniedzy? Na dalsze podroze...
- Mam gitarę w domu!
- Święta też masz w domu.

21.06

Wśród ulicznych latarń przemierzam świat wraz z Czarnym. Cieszę się, że nie muszę podróżować sama. To on dźwiga wszystkie nasze wspólne toboły. Ja jedynie niosę plecak z komórką i walkmanem w środku. Czarnego przygniatają spiwory, jakieś garnce, co tłuką bez opamiętania.
- Chcąc wyruszyć w tą twoja podróż powinniśmy przestać żyć jak królowie - mówi.
- Ale my wcale nie żyjemy jak królowie! Królowie nie biora stopów!
- A my bierzemy?
- Teraz juz tak - podnoszę nogawke moich czarnych dzwonów aż do oporu, by odsłonic kolano. Wymachuje kciukiem uśmiechając się zalotnie. Zatrzymije się jedno auto. Srebrne, jakieś takie cherlawe...
- Państwo dokąd? - pyta kierowca. Wygląda jak skrzyżowanie jakiegoś alfonsa z Hitlerem. Przedziałek na boku, ugładzony żelem, okulary w czarnej, grubej oprawie, kołnierz postawiony wokól szyi i ten dręczący sygnet!
- Aaa przed siebie! - mówię z wymuszonym usmiecchem, takim usmiechem a'la dziwka. Tak, to był uśmiech znudzonej życiem dziwki. Fagas z auta spojrzał przeze mnie na Czarnego:
- Ty, młody, chyba też wsiadasz, nie?
- Tak, tak, ja z tą panią
- To wsiadajcie. jak będziecie chcieli, by was wysadzić, to mówcie głośno.
Wsiadając do auta uświadamiam sobie, że właśnie teraz otwieram następny rozdział mojego życia...
- To ile macie lat? - kierowca chce nawiązać rozmowę.
- Ja mam 17, a Czarny 21.
- Siedemnastolatka sama z partnerem w tak ciemną noc? I jadą w nieznane... Ucieczzka?
- Nie... Albo tak! Sama nie wiem jak to nazwać... Może... legalna ucieczka przed tym, co nas boli.
- Ucieczka legalna? - zdziwił sie Hitler - A na czym ona plega? -Ustawił lusterko tak, by widzieć moje oczy siedzące na tylnym siedzeniu.
- Ach... Woli pan nie wiedzieć. Ona zawsze coś wymyśla. Uwierzy pan, że ostatnimi czasy wymyśliła sobie nos, co wwąchuje się w nią i zaczęła rozróżniać złe milczenie od dobrego? - mówi Czarny.
- No, to chyba dobrze. Świadczy to o jej wyobraźni - kwituje ostro, po czym znów zaczyna wypytywać o legalna ucieczkę.
- Legalna ucieczka, to takie coś, dzięki czemu różowieje ci twarz i nikną te okropne fioletowe plamy pod oczami.
- Sińce? -pyta Hitler
- Nazwijmy to i tak...
- Ależ Mira! Co go obchodzą twoje sińce pod oczami?? - Czarek jest chyba zły na ten caly pomysł ze stopem. On chciał autobusem...
- Mira? A cóż to za niespotykane imię? -pyta fagas.
- Od Mirabelli. Jak byłam malutka to wołali na mnie Mirabelka. Czarny mnie nazywa po prostu Mirą - nie uśmiecham się już jak tania dziwka, raczej uśmiecham się teraz poprzez respekt.
- A Czarny to kto?
- To jest mój towarzysz legalnej ucieczki, siedzi koło mnie właśnie. Na imię ma Czarek...
- Dlaczego ty tak dużo gadasz? uspokójże się , bo go zamęczysz tą gadką na śmierć - szepce Czarny w ucho.
- Czarek, to jest Hitler. Jego trzeba czymś zająć, aby nie zorientował się, że my już wiemy...

20.06

- Dlaczego moje rozmowy z matką zawsze się tak kończą? Czy choć raz mogłaby powiedzieć, że się cieszy na mój widok? A ten jej nos... Z jej nosem działo się coś niedobrego. Wydłużył się. Jakby chciał wwoniac się we mnie. We mnie całą. Tak, jakby nie chodził już tylko o mój oddech... Czarny? Dlaczego ty się kiedyś odzywałeś do mnie? Hej... -szturcham go. On leży spokojnie na jednym z miejskich trawników. Oddzielił się ode mnie plecami i zbudował z nich mur. Szturcham mocniej za ramię - Ale nie buduj teraz ciszy! Ej! Cisze zbudujemy dopiero pod wieczór! Dlaczego nic nie mówisz???? Czarny, ty cały czas milczysz! Ty tylko udajesz, że budujesz ciszę tylko wieczorem. Nie, Panie Mądry! Ty budujesz ciszę cały czas! W sobie, obok siebie, za sobą! Gdy przejdziesz, to wszystko milknie... -czuję, że po policzku spływa mi łza. W napływie złości i żalu zaczynam krzyczeć - Czarny! KURWA!CZARNY!!!!!
- Dlaczego mnie budzisz MIra?
- Bo jest dzień, w dzień się nie śpi - sapię z wycieńczenia.
- Ależ Mira... Jak chcę spać, to spię. Proste.
- Ale ty tak źle milczałeś.
- Co to znaczy: źle milczałem?
- Nie mówiłeś nic nigdy... I nie słuchałeś!
- Mira, na Boga, nie płacz. ja cię słucham.
- A o nosie słyszałeś?
- O jakim nosie? - pyta zaciekawiony.
- O nosie co wwąchuje się we mnie.
- Nie... Nie. ...Ale będę o nim śnił, to będę już o nim wszzysko wiedział, ok?
- Dobrze. Dobrze. - potrząsam głową z dziwnym spokojem. Będzie śnił o nosie. Będzie śnił o nosie. To dobrze, to dobrze. Tak.

19.06

- Chuchnij.
- Ale mamusiu, matuleńko, mameczko, matulu...
- Znów cos brałaś?
- Nawet gdybym brała, to nie wyczujesz tego w moim oddechu.
- Co sie z toba dzieje? Przychodzisz do domu na wpół przytomna i prawisz mi kazania!- patrzę na matkę z lekkim obrzydzeniem. Jej zdechła trwała krąży wokół niej jak orbita wokół słońca. Słońcem miałaby być jej twarz, ale ta twarz wcale nie jest promienista. Przypomina raczej jakiś nadgryziony owoc. Czarne oczy zrobiły się jakieś mętne i bez wyrazu. Jak robaki, które mają za chwilę umrzeć... Obumierała cała ona: zwisające piersi, koścista, blada twarz - dziwny stwór. Potwór, monstrum. Mamo, czy to ty?
- Mamo? -mówię - mamo? -pytam dla pewności, ona spogląda na mnie spode łba - pożyczysz mi parę złotych?
- Tak, kochana córeczka. Przecudna córeczka. Przychodzi do mamy jak tylko czegoś chce - mama syczy ze złości, pociąga nosem, po czym wyciera nos w rękaw - muszę iść sobie zapalić.
Wyszła zostawiając mnie samą w tym przebrzydłym pokoju, w którym niegdys się więziłam. Kanapa, telewizor, kwiatek doniczkowy w kącie. I to wszystko. Cały mój raj. Zacisze domowe. Domowe ognisko. Domowe przedszkole.
- Masz. - wróciła - Masz i odejdź! Już dostałaś to, czego chciałaś, więc idź i znóow się nie pokazuj z tydzień, lub dwa. Masz moją zgodę. Idź...
- Ale..
- Idź! -przerwała wpół zdania - Tak jak ojciec wyjdź z domu i nie wracaj. Wszyscy moi bliscy tak zrobili, możesz i ty.
- Nie porównuj mnie do ojca! To skończony dureń! I ja też! Wszyscy troje jesteśmy skretyniałymi durniami! -krzyczę. Matka stoi w milczeniu. To znaczy, że już się ze mną pożegnała. Tak jak z całym światem zresztą...

18.06

- Czaruś, Czareczku, Czarny... Nudzi mi sie, wiesz? Nieziemsko mi się nudzi i jestem totalnie uzależniona od domu i matki... Ja chcę uciec. Na chwilę, na moment. Potrzebuję ucieczki. Duszą mnie miastowe spaliny i fetor bezdomnych ludzi. Nudzą mnie auta i tramwaje. Czarku, wiem, że zawsze mało mówisz, ale ja to wiem, widze to w twoich oczach, że ciebie też to nudzi. Czarny, ucieknijmy...
- Mira, a twoja matka, która umiera każdego samotnego wieczoru? Przestań myśleć o ucieczkach i o swoim widzi mi się, a zajmij się tym życiem, które już masz! Dobrze wiesz, że z ulepszania życia zawsze jest odwrotny skutek...
- Czarny, proszę. Choć na parę dni.
- Zobaczymy, ale ja nic nie mogę ci obiecać. teraz idź do domu. Złap tramwaj lub stopa i zapytaj się mamę ile razy umarła w ciągu ostatniego tygodnia. I nie zapomnij pożyczyć od niej pieniędzy....

17.06

Nie byłam w domu juz tydzień. Mogłlabym wstapić choć na chwilę po pieniądze. Nie lubię wracać do domu. To jak gra w rosyjską ruletkę. Czy tym razem zastanę matkę martwą? Kiedyś, gdy ją zastałam na wpół rozkładającą się, nie miałam nawet siły zapytać, czy jeszcze żyje. Okazało się, że tak. Otrząsnęła się ze swojej śmierci i żyła dalej. Miejsca, w których sie rozkładała zagoiły się jak za dotknieciem magicznej różdżki. A może to ja? Ja ją uzdrowiłam?

16.06

- Czarny, zapleć mi warkoczyki.
- Nie.
- Czarny, pożycz z tego sklepu paczkę fajek
- Nie.
- Czarny, czy to prawda ze jesteś dobry?
- Nie.

13.06

Wpatruję się zaparcie w plame na moim bucie. Nie, mamusiu, nie kaaż mi znowu chuchać sobie w twarz. Ja zrobię wszystko dla ciebie dzisiaj. Poukładam na półkach wszystko w symetrycznym porządku, byle bym nie musiała znów chcuchać. Mamusiu... To z troski o ciebie. Gdy chuchnę, to możesz się zarazić. Zarazić moim oddechem, w którym gnieżdżą się zarazki, zapach spermy wszystkich moich niechcianych kochanków, leków, papierosów, alkoholu i innych związków chemicznych. więc lepiej gdybym nie chuchała. Mamo, ja obiecuję, będę już grzeczna. Pomogę ci wstać z podłogi po twojej kolejnej próbie samobójczej, a nawet zadzwonię po ojca, by wrócił do ciebie z Holandii.
Czarek wygrzebał coś ze swojej torby. Wygląda to na miniaturowe miasto, w którym mamy zamieszkać.
- Czarny? co to jest za badziew? - pytam go. On mi odpowiada niezrozumiale, że to pozostałość po jego babci
- Żebro? -pytam od niechcenia
- Nie, Mira, nie żebro. To chyba pamiątka po niej, albo po kimś innym... Ja już nie pamiętam, ale podoba mi sie. Cudo, prawda?
- Ale co to jest?! - pytam natarczywie, nie interesując się już plamą na bucie.
- Pocztówka, nie widzisz?
Nic nie chcę już odpowiadać. Jest mi za zimno.
- Mira? Wrócisz dziś do domu? - pyta Czarny.
- Eeee boję się chuchania.
- Ale Mira, to normalne, że chuchasz. Wszyscy chuchamy.
- Ale ja się boję, że ją zarażę.
- Matkę zarazisz? Ona już i tak jest choraa. Choruje na śmierć - skwitował.

Dzisiaj wszystko wydaje się nieobecne. Nieobecny wiatr bije mnie po twarzy, a deszcz, którego nie ma zrzuca kawałki szkła wprost w moją głowę.

- Zjedz coś.
- Czarny, ja nie ruszę tych toksycznych pomarańcz - mówię - ani ty ich nie zjesz. One są hodowane tylko po to, by ładnie wyglądały. jak modelki. Te pomarańcze to są owocowe modelki, a wiadomo, że modelek sie nie je, tylko podziwia... Nie, Czarny, nie posiądziesz ich smaku. Zabraniam ci. Jedyne, co możesz, to się w nie wpatrywać. Powiedz, czy te pomarańczki są ładniejsze ode mnie?
- Mira, jasne, że nie...
Odpalam papierosa. Zastanawiam się skąd nas było stać na Elemy, ale opdpowiedź jest prostsza, niż by się mogło wydawać. czarny pewnie zabrał ze sklepu kilka paczek. Ale on odda. Jak tylko się dorobi, to odda. Na pewno.
Wpatruję się w niego. Piękny Czarek, mój Czarek. Potwór nad potworami ludzkich serc. Zagnieżdża się w nich powoli i egzystuje całe życie. Bo tak naprawdę on żyje tylko tam. Jego dom jest tylko w sercach, nigdzie indziej...
Jego smukła twarz, niebieskoszkliste oczy, długie posklejane włosy, glany do kolan i jego czarna kurtka, która pachnie sfermentowanym zapachem świata...