Postanowiliśmy jechac nad morze. Właśnie próbujemy złapać stopa, ale od trzech godzin nikt nie chce się zatrzymać. Wyglądamy jakbyśmy uciekli z poprawczaka, to ja sie nie dziwię, że ludzie się nas boją. Mama dzwoni. Odbieram:
- Gdzie się szlajasz?
- Pozwoliłaś przecież.
- Pozwoliłam, bo myślałam, że nie pójdziesz!
- Ale ja chciałam uciec od wiecznej ciebie, od pretensji, od...
- No taaak, kochana córeczka, wielce nie zadowolona z matki, wieczne pretensje o nic...
- No i właśnie o tym mówię...
- To nie wracasz? Będziesz mnie jeszzce w czarnym worku wynosiła! Obiecuję ci!
- Wrócę, mamo. Ale za kilka dni. Jak odpocznę.
- Od czego chcesz odpoczywać?! - matka przybiera coraz bardziej wyraźne kształty furii, podczas gdy Czarnemu udało się złapać stopa. Wsiadam jednocześnie wysłuchując lamentów mojej matki - Słyszę, że wsiadasz do auta. Do czyjego auta ty wsiadasz???
- Jadę nad morze.
- Przywieź mi muszelkę. - głuchy ton w komórce. Przedstawiam się kierowcy, następnie informuję, że interesuje nas droga na Gdańsk.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz