Rozkroiliśmy tego kota. Myśleliśmy, że coś cennego jest w środku. Znów przepełnia mnie chemia. W kocie nic nie było. Czarny musi skończyc doszukiwać się skarbu w maskotkach. Pożyczamy kota, nie zostawimy go tutaj takiego rozprutego. Jesteśmy w tesco i szukamy ukrytych skarbów w pluszakach. Szukaj aż znajdziesz, szukaj, a znajdziesz... Znajdziemy kiedys skarb, na pewno. Krew uderza mi do skroni, jest mi słabo. Nic nie jadłam. Karmię się chemikaliami od Niewidomego. To nasz nowy znajomy. Węgiel w plucach, ciężki oddech. Ale za bardzo lubię ten stan, by z niego zrezygnować. Czarny uderza mnie plastikowym młotkiem w plecy. Zawsze wbija mi coś w plecy. Każdego dnia.
- Może skarb jest bliżej niż myślimy? Może on wcale nie ma być w maskotkach?
- To gdzie, no, gdzie indziej on może być? - pytam zbulwersowana jego odkryciem.
- No nie wiem, no, jest dużo miejsc...
- Jak teraz wrócimy do domu, to już żadnego skarbu nie znajdziemy. Usidlą nas.
- Nie musimy wracać. Mamy czas, mamy wakacje.
- Mamy siebie. - mówię niepewna.
- Tak. To też. A teraz co chcesz robić?
- Szukać skarbu gdzieś bliżej. - postanawiamy opuścić morze.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz